Portret młodej wenecjanki

22,87 zł

Ebook

26,90 zł

29,67 zł

Oprawa twarda

34,90 zł
banner_tlo_pilch_l3.jpg
X
tyl Portret młodej wenecjanki
Portret młodej wenecjanki

29,67 zł

Oprawa twarda

34,90 zł

22,87 zł

Ebook

34,90 zł
Wydanie: I
Data premiery: luty 2017
Format: 123x197 mm
Formaty: EPUB MOBI
Zabezpieczenia: watermark
Oprawa: twarda
Liczba stron: 184
ISBN: 978-83-08-06299-9
Przeczytaj fragment

PDF

Czytaj

Pobierz fragment
Opis
„Historie takie zdarzają się rzadko – raz, dwa, góra trzy razy za życia, ale zdarzają się każdemu. Tak, każdemu! Każdemu? Każdemu! No, chyba że ktoś zupełną jest klęską, katastrofą i zapaścią. Ale i...

Zobacz więcej

„Historie takie zdarzają się rzadko – raz, dwa, góra trzy razy za życia, ale zdarzają się każdemu. Tak, każdemu! Każdemu? Każdemu! No, chyba że ktoś zupełną jest klęską, katastrofą i zapaścią. Ale i wtedy się zdarzają”.  Jerzy Pilch

 

Słownik samotności? Opowieść o miłosnym olśnieniu? Czy może wyznania arcymistrza rozpadu na temat dążenia do wielkiej miłości?

 

Przewrotna, dramatyczna i poruszająca historia. Główny bohater, niedoszły historyk sztuki, który całe życie spędził na obsesyjnym szukaniu miłości, poznaje młodziutką i olśniewającą Pralinę Pralinowicz – żywą kopię młodej kobiety z obrazu Albrechta Dürera, studentkę psychologii, kobietę ze wszech miar niepokojącą i tajemniczą, obdarzoną również „atletycznym” talentem literackim.

 

Niestety, szybko okazuje się, że burzliwy i ekstatyczny związek dwojga kochanków nie ma  najmniejszej szansy na przetrwanie. Dlaczego?  Czy dwójka bohaterów rzeczywiście pragnie miłości, czy raczej marzy o gwałtownym i efektownym rozstaniu?  Kto tu kogo uwodzi, kto kogo zostawia, kto nad kim ma władzę?  Czy  Pralina rzeczywiście  była miłością życia? I czy w ogóle była?

 

Portret młodej wenecjanki jest bodaj najdoskonalszym pomieszaniem tego, co Pilch od lat uprawia: prozy beletrystycznej, dziennika, eseju, felietonu. Jest jednocześnie kpiarski i smutny, przerażony i euforyczny, zachwycony i gorzki, czuły i zrozpaczony”. Tadeusz Nyczek

zwiń
Zobacz również
  • Oprawa: broszurowa

  • Oprawa: twarda

  • Oprawa: twarda

  • Oprawa: broszurowa

  • Oprawa: broszurowa

  • Oprawa: broszurowa

  • Oprawa: broszurowa

  • Oprawa: twarda

  • Oprawa: twarda

  • Oprawa: twarda

  • CD w pudełku

Opis

„Historie takie zdarzają się rzadko – raz, dwa, góra trzy razy za życia, ale zdarzają się każdemu. Tak, każdemu! Każdemu? Każdemu! No, chyba że ktoś zupełną jest klęską, katastrofą i zapaścią. Ale i wtedy się zdarzają”.  Jerzy Pilch

 

Słownik samotności? Opowieść o miłosnym olśnieniu? Czy może wyznania arcymistrza rozpadu na temat dążenia do wielkiej miłości?

 

Przewrotna, dramatyczna i poruszająca historia. Główny bohater, niedoszły historyk sztuki, który całe życie spędził na obsesyjnym szukaniu miłości, poznaje młodziutką i olśniewającą Pralinę Pralinowicz – żywą kopię młodej kobiety z obrazu Albrechta Dürera, studentkę psychologii, kobietę ze wszech miar niepokojącą i tajemniczą, obdarzoną również „atletycznym” talentem literackim.

 

Niestety, szybko okazuje się, że burzliwy i ekstatyczny związek dwojga kochanków nie ma  najmniejszej szansy na przetrwanie. Dlaczego?  Czy dwójka bohaterów rzeczywiście pragnie miłości, czy raczej marzy o gwałtownym i efektownym rozstaniu?  Kto tu kogo uwodzi, kto kogo zostawia, kto nad kim ma władzę?  Czy  Pralina rzeczywiście  była miłością życia? I czy w ogóle była?

 

Portret młodej wenecjanki jest bodaj najdoskonalszym pomieszaniem tego, co Pilch od lat uprawia: prozy beletrystycznej, dziennika, eseju, felietonu. Jest jednocześnie kpiarski i smutny, przerażony i euforyczny, zachwycony i gorzki, czuły i zrozpaczony”. Tadeusz Nyczek

Multimedia

Czytam to! s03e09

Recenzje czytelników (4)
Dodaj recenzję
Autor: Klaudia Maksa Ocena: 3 31-01-2017
Jeszcze nie zdążyłam przeczytać  wszystkich opowiadań zebranych w tomie Indyk z Bestville, gdy pojawiła się na horyzoncie świeżutka porcja prozy jednego z moich ulubionych polskich pisarzy, a zarazem dramaturga i felietonisty,...
pokaż więcej
Jeszcze nie zdążyłam przeczytać  wszystkich opowiadań zebranych w tomie Indyk z Bestville, gdy pojawiła się na horyzoncie świeżutka porcja prozy jednego z moich ulubionych polskich pisarzy, a zarazem dramaturga i felietonisty, publikującego niegdyś w „Polityce”, „Przekroju”, „Dzienniku”, a obecnie „Tygodniku Powszechnym”. Zatem nie mogłam pozwolić jej czekać i tak, podczas literackiej uczty odsunęłam jeden talerz, by sięgnąć po inny półmisek. Czy to był dobry wybór?

Jerzy Pilch, bo o nim mowa, zadebiutował tomem opowiadań Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej, za który przyznano mu Nagrodę Fundacji im. Kościelskich (1989).  Został laureatem Paszportu Polityki za książkę Bezpowrotnie utracona leworęczność (1998). Był wielokrotnie nominowany do Literackiej Nagrody Nike, zdobył ją w 2001 r. za powieść Pod Mocnym Aniołem. Jego Tysiąc spokojnych miast i Moje pierwsze samobójstwo znalazły się na liście stu najlepszych książek amerykańskiego magazynu „Kirkus Reviews”. Powieść Spis cudzołożnic. Proza podróżna doczekała się ekranizacji z Jerzym Stuhrem w roli głównej, natomiast  adaptację Pod Mocnym Aniołem  wyreżyserował Wojciech Smarzowski. Jerzy Pilch jest także autorem scenariuszy dwóch filmów z serii Święta polskie. Ostatnie lata przyniosły powieść „lutersko kryminalną” Wiele demonów, Dziennik, Drugi dziennik oraz minipowieść – Zuza, albo czas oddalenia.
W 2016 ukazał się zbiór rozmów Eweliny Pietrowiak z Pilchem Zawsze nie ma nigdy, a także kontrowersyjna biografia pisarza autorstwa Katarzyny Kubisiowskiej Pilch w sensie ścisłym. Te ostatnie pozycje wnoszą fakty istotne dla lepszego zrozumienia nieustannie powracających wątków w twórczości tego słynnego, pochodzącego z Wisły literata.




„W jakimś sensie literatura zawsze jest zagadką – ale zagadka zagadce nierówna” (s. 173)
Jakie rozwiązanie kryje się za zagadką, jaką przygotował czytelnikom Jerzy Pilch w swojej najnowszej książce Portret młodej Wenecjanki?  Trudno rozgryźć ten utwór i niełatwo go jednoznacznie zaszufladkować pod względem formy.
Autor zawarł w nim elementy rozmaitych gatunków literackich, którymi z powodzeniem posługuje się od lat: dziennika, eseju, powieści, felietonu. Wymieszał wszystko we właściwym sobie stylu, doprawił  tu w mniejszym stopniu ironią, bardziej smutkiem, melancholią, goryczą, kpiną, czułością i rozpaczą.
Opowiedział historię niby banalną, a jednak niezwykłą, taką, która zdarza się rzadko, ale za to każdemu. Bogato inkrustował ją nawiązaniami i dygresjami w sensie ścisłym, czyniąc wycieczki w stronę literatury, sztuki, przemyśleń filozoficznych. Ważniejsza od fabuły jest forma jej przedstawienia, nawet nie opowieść jako taka, ale samo jej opowiadanie.




Bezimiennego bohatera tej prozy Pilch obdarzył elementami autobiograficznymi. Pojawia się np. ulica Hoża, wyjazdy do Wisły, konkretne miejsca w Krakowie. Konia z rzędem temu, kto ostrą kreską oddzieli fikcję od prawdy. A Mistrz mruga do nas z kart książki, jednocześnie zerkając  na mech ukochanej Cracovii, porządkując księgozbiór albo układając ołówki na biurku. Co tym razem zaplanował w swojej nasyconej autobiografizmem,  na wskroś „pilchowskiej” powieści?




Bohater, a zarazem narrator, uważa się za „mistrza rozpadu”, nie czuje się stworzony do trwałego związku. Analizuje swoje relacje z kobietami, erotyczne podboje, swoje miłości i klęski. Kolekcjonuje terminy do „Słownika depresji” . Rozważa tematy samotności, zazdrości, zdrady,  rozstań. Duma nad różnicą wieku między partnerami. Snuje dywagacje o sposobach i zamiarach samobójstwa. Jego opowieść krąży wokół zjawiskowo pięknej, choć usiłującej to piękno przezwyciężyć, utalentowanej literacko, studentki psychologii, Praliny Pralinowicz, z którą miał romans. Jego heroina  przypomina postać  z obrazu Albrechta Dürera, tytułową młodą Wenecjankę. Przy okazji dzieło renesansowego  malarza zostało poddane ostrej krytyce, albowiem zaniedbał należycie wyeksponować fryzurę i biust modelki.




Jako niedoszły historyk sztuki bohater nosi się z zamiarem napisania eseju o imaginacyjnym spotkaniu Lutra z Rafaelem, nie ma historycznych źródeł na ten temat. Równie dobrze mógł zatem Luter spotkać Dürera, choć wyobrazić sobie ich rozmowę wydaje być się trudniejszym wyzwaniem. I to już jest zalążek pomysłu, jeśli nie na powieść, to przynajmniej na opowiadanie.  Nie sądzę bowiem, by autor zawiesił pióro na kołku i mam nadzieję, że jeszcze niejedno nam napisze.




Ku zaskoczeniu czytelnika, rozdział trzeci, zatytułowany Narożny pokój na tyłach domu, opisujący niezwykły przypadek Boriszy, przypisany jest autorstwu Atiny Milić. Czyżby to miało być opowiadanie Praliny, która „miała rzadko spotykany, naturalny, silny, powiedziałbym: wręcz atletyczny talent literacki” (s. 17) a „jej sztuka opowiadania  była jedyną rzeczą, która mogła przezwyciężyć jej urodę” (s. 18)? Czy Atina Milić istnieje naprawdę, a może to też element literackiej fikcji? Tu odsyłam do biografii autora.




Czytelnik uśmiechnie się zapewne przy spisie „21 najstraszliwszych odpowiedzi na – to prawda – nieco zrytualizowane, ale przecież dalej czułe: Kocham Cię” (s. 127), zaduma się nad wspomnieniem śmierci papieża Jana Pawła II, pokiwa głową nad trafnym opisem paru ulic w Krakowie „na których panują wieczne, choć odmienne pogody” (s. 153). Zgubi się niejednokrotnie w meandrach narracji, łowiąc celne spostrzeżenia i chłonąc słynną pilchowską frazę. Nie wyjdzie z pustymi rękami, będzie mieć o czym myśleć, choć czy uda mu się znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania?




„Porządkowanie biblioteki jest porządkowaniem transcendencji? Tak. Jest też odnawianiem siły wyższej (sojuszu z siłą wyższą), rozwijaniem predyspozycji mistycznych, szukaniem rozwiązania.” (s. 174)
Na końcu bohater porządkuje  swój księgozbiór. Kilkanaście pozycji oddaje do introligatora. Podaje krótkie, enigmatyczne wskazówki, po których niby możemy odgadnąć, jakie tomy zostały oprawione. Napisałam „niby”, bo arcytrudne to zagadki. Np. „Jedna z najmniej znanych książek jednego z najpopularniejszych polskich pisarzy”, czy „Kolejny dobrze rokujący nieboszczyk” lub „Listy do tłumaczki”. Trzeba jednak pamiętać o ulubionych pisarzach Pilcha, wśród których są m.in. Płatonow, Faulkner, Schulz, Mann, Tołstoj, Dostojewski, Babel, Gogol, Nabokov, Grochowiak, Miłosz, Filipowicz.  Może komuś uda się trafnie wytypować oprawione w nowe płótno dzieła.




Portret młodej Wenecjanki to nie jest książka dla każdego. Zdecydowanie odradzam ją na pierwsze spotkanie z twórczością Jerzego Pilcha. Aby ją w pełni docenić, trzeba już być do specyficznego stylu autora przyzwyczajonym,  trzeba umieć wędrować jego śladami.  Nie polecam jej także tym, którzy gustują w typowej fabule opartej na związkach przyczynowo-skutkowych i nie przepadają za dygresjami i eseistyką.
Natomiast dla sympatyków pisarstwa Pilcha to niewątpliwie lektura obowiązkowa, kolejny smakołyk podczas literackiej uczty, ponowne spotkanie z twórcą na wskroś autentycznym, czerpiącym pełnymi garściami z własnego życiorysu,  tyleż szczerym, ile tajemniczym, inteligentnym, ironicznym, niezależnym. I choć czasem odnosi się wrażenie, że autor Innych rozkoszy, Pod Mocnym Aniołem, Zuzy, albo czasu oddalenia i Portretu młodej Wenecjanki wciąż opowiada tę samą historię, to nigdy nie ma się dość.

Ta recenzja ukazała się na łamach magazynu 'Życie i pasje" i jest autorstwa Agnieszki Grabowskiej
zwiń
Autor: Michał Pabian Ocena: 4 05-02-2017
Kilka tygodni temu z pewną koleżanką zacięcie dyskutowaliśmy o tym, czy gdyby Joanna Bator nie była "tą znaną Bator", to czy Justyna Sobolewska w swojej recenzji w Polityce dałaby nowej powieści pt. Rok królika 4...
pokaż więcej
Kilka tygodni temu z pewną koleżanką zacięcie dyskutowaliśmy o tym, czy gdyby Joanna Bator nie była "tą znaną Bator", to czy Justyna Sobolewska w swojej recenzji w Polityce dałaby nowej powieści pt. Rok królika 4 gwiazdki zamiast 3. Oboje twierdziliśmy, że ta książka nie jest tak dobra jak poprzednie, ale to jednak Bator! I zagmatwaliśmy się w myśleniu i paleniu papierosów na temat tego, czy oceniać pisarza i jego kondycję, czy książkę w taki sposób, jakby nikt się pod nią nie podpisał, a egzemplarz trafiłby do nas w okładce z szarego papieru, na której widniałby tylko wyrysowany maleńkimi literami tytuł. Przypomniała mi się ta historia à propos nowej, jak pisze wydawca, powieści Jerzego Pilcha.


Z żadną dotychczasową pozycją tego autora nie poradziłem sobie czytelniczo tak szybko - wcześniejsze spotkania z jego literaturą były sekwencją odkładań i wyciągań, wynotowywań i kreśleń, stawiania wykrzykników i pytajników, ponownego zaglądania do języka . Wymagały i z radością otrzymywały swój czytelniczy czas. Z Portretem młodej wenecjanki poszło zaskakująco łatwo - oczywiście podkreśleń jest cała masa, zrobionych jak zwykle po to, by zachować puenty, których nikt nie stawia tak ironicznie pięknie jak Jerzy Pilch. Ale jednak, ta łatwośc, ta komunikatywność mnie marwti. Jasne, można przyznać, że jest ona wynikiem gry z czytelnikiem - w Portrecie mamy bowiem do czynienia z narracją bohatera, który zdaje się, ze ustępuje życiu, ironicznie godząc się na zaplanowany czas beznadziei, pasywności i starczych rytuałów przetrwania. We wstępie czytelnik otrzymuje znakomicie skrojony traktat o samotności, gdzie indziej natyka się na egzystencjalne banalnie-niebanalne pytania o to, czy samotny i stary, spędzający sam życie człek (bo bardzo poczciwy zdaje się być mimo wszystko bohater) ma jeszcze w sobie tyle siły, uporu, czy zdobędzie się na mozół przebrania się na okoliczność obiadu z samym sobą. Przez cały czas czuć w tym utworze ironię, zabawę z konwencją starczego ujadania, opowieści o alienacji i przegranym życiu - znakomity choćby fragment o


Kilku sposobach na utrzymywanie się na powierzchni. Bo głębiej nie trzeba. Sposób na mrocznego erudytę. Sposób na tom mitycznych esejów, nad którym, pracuję od dziesięcioleci. (...) Sposób na mrocznego geniusza, który przeżył ostatnio załamanie nerwowe.


Takich perełek stylistycznych, językowych wygibasów jest o wiele więcej, bo to przecież Pilch! I dyskutować o poziomie warsztatu literackiego nie ma jak, nie ma po co, nie wiem, gdzie znajdzie się śmiałek zdolny podważyć literacką finezję i polot. Wszystko jest - na miejscu, tak jak ma być, podane w odpowiednim rytmie, łamiące się tam gdzie nie powinno, zaskakujące, sprawne, pilchowe.

W geście autoironicznym, czy też w napadzie egzaltacji, można się z tym, co zapisane na kartach, utożsamić. I mnie się wielokrotnie zdarzyło to wstydliwe uczucie, że 'mam tak samo!', 'to tak jak u mnie, tylko że ja...', 'no to o mnie przecież'. Zachęca nawet do tego sam autor, który w zaproszeniu do lektury przyznaje się, że opisuje historię, jaka zdarza się każdemu, jaka jest powszechna, że będzie tu o naszym upadaniu. I wszystko się staje - z dystansem, humorem, w dobrym nienachalnym stylu.


Ale przecież to Pilch! Może i jest tak, że co ja sobie myślałem, ale rozczarowuje wtórność i jakiś niedostatek zabaw formalnych, choćby na poziomie autobiograficznym/ bohaterotwórczym. Krótki opis na tylnej stronie okładki zachęca, by czytać Portret młodej wenecjanki ,jako powieść o pewnym niespełnionym historyku sztuki etc. Zdaje mi się, że mało jest tych tropów, które pozwoliłyby na zaklasyfikowanie tej nowości wydawniczej jako powieści. Wszystkie argumenty za taką gatunkową klasyfikacją grzęzną na poziomie refleksji 'meta' - można tropić 'metanarratora', 'metahistorię', 'metajęzyk'. Ufam, że takie analityczne podejście do rozgryzania zabaw na temat tego, kto mówi do nas i gdzie jest ten historyk sztuki, gdzie ta spodziewana melancholijna warstwa zmyślonej opowieści, nie jest nadinterpretacją - to przecież Pilch - wytworny, sprytny, taki trochę już nasz. Autobiograficznie zwodniczy. Szkoda w takim razie, że Portret młodej wenecjanki ukazuje się kilka miesięcy po opublikowanej (także przez Wydawnictwo Literackie) rozmowie Eweliny Pietrowiak z Autorem pt. Zawsze nie ma nigdy. Obie książki bardziej powielają się niż z sobą korespondują.


Ale mimo wszystko i nade wszystko to Pilch. Może dla stałych czytelników bardziej uroczy niż dosadny, ale czy to coś bardzo złego? Czytałem go, znajdując w sobie pretensjonalne pokłady nastoletniej wrażliwości, by potem wyśmiać dumnie swój egocentryzm.


Jerzy Pilch. Portret młodej wenecjanki. Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2017.

Recenzja ukazała się na moim czytelniczym blogu:
www.zaczytne.wordpress.com
zwiń
Autor: Beata Igielska Ocena: 5 07-02-2017
Na nową książkę Jerzego Pilcha czekałam z niecierpliwością. Gdy już trafiła w moje ręce, chciałam dozować sobie lekturę, by jak najdłużej móc się nią cieszyć. Nie udało mi się, gdyż pochłonęłam całość jednym...
pokaż więcej
Na nową książkę Jerzego Pilcha czekałam z niecierpliwością. Gdy już trafiła w moje ręce, chciałam dozować sobie lekturę, by jak najdłużej móc się nią cieszyć. Nie udało mi się, gdyż pochłonęłam całość jednym tchem. To stary, dobry Pilch, za którego prozą nieco się stęskniłam.

„Portret młodej Wenecjanki” trudno jednoznacznie zakwalifikować pod względem gatunkowym. Mamy tu narrację i świat przedstawiony typowy dla epiki, ale jednocześnie pojawiają się fragmenty felietonistyczne, przypominające dziennik czy pamiętnik oraz krytycznoliterackie teksty.
Początkowo wydawać się może, że autor skupi się jedynie na postaci kobiety przypominającej Wenecjankę z portretu Durera. Bohater opętany uczuciem do niej wydaje się żyć tylko miłością, namiętnością, zazdrością i kontemplowaniem piękna oraz zdolności urodziwej kochanki. Szybko jednak okazuje się, że ten wątek to pretekst do wielu dygresji na ulubione przez Pilcha tematy – literatury, książek, czytelnictwa, sztuki, sportu i seksu.

Z tego też powodu odnajdujemy tu wiele interesujących artystycznych i filozoficznych kontekstów. Nieraz to poważne odniesienia, nieraz autor zdaje się nimi bawić albo prowokować odbiorcę.
W ogóle większość treści to gra, jaką Pilch prowadzi z czytelnikiem, jakby chciał sprawdzić granice jego wytrzymałości, tolerancji i wrażliwości. To gra jednostronna, bo jej efektów nie pozna, chyba że z recenzji, korespondencji czy podczas spotkań promujących książkę.
Czytelnik też ma ograniczone możliwości, bo nie podyskutuje z autorem podczas lektury, nie skonfrontuje swoich odczuć z jego intencjami i może jedynie zastanawiać się nad tym, co przeczytał. Tylko tyle i aż tyle, bo obok „Portretu młodej Wenecjanki” nie da się przejść obojętnie.

Ta książka to na pewno gratka dla miłośników prozy Pilcha. Znajdą w niej typowe dla pisarza elementy autobiograficzne (np. odniesienia do choroby Parkinsona) przemieszane z literacką fikcją; sporo tu autotematyzmu i refleksji na temat przeczytanych książek, sporo o dawnej sztuce, o współczesnym życiu i – oczywiście – o seksie, o którym raz autor pisze niemal lirycznie, innym razem wulgarnie.

I jeszcze język – pełen „pilchowszczyny”! Bardzo lubię ten styl, w którym powaga przeplata się z ironią i sarkazmem, kunsztowne, barwne zdania sąsiadują z prostymi frazami i równoważnikami zdania, poetyckość zaskakująco komponuje się z dosadnością i naturalizmem, a całość jest systematycznie wzbogacana przesadniami i gradacjami.
Taką prozę chłonie się wszystkimi zmysłami! BEATA IGIELSKA
zwiń
Autor: Konrad Urbański Ocena: 4 14-02-2017
Podoba mi się ta książka, ale w sumie sam nie wiem dlaczego. Może z powodu miłości (erotyki), kobiet i innych używek. Może z powodu wirującego jak seks języka, wciągającego w swoje tryby i zawracającego w głowie. A może wreszcie z...
pokaż więcej
Podoba mi się ta książka, ale w sumie sam nie wiem dlaczego. Może z powodu miłości (erotyki), kobiet i innych używek. Może z powodu wirującego jak seks języka, wciągającego w swoje tryby i zawracającego w głowie. A może wreszcie z powodu Pilcha. Ekstraktu z Pilcha.

A raczej z prawie żadnego z wymienionych powodów. Nie jest to powieść erotyczna, bo pryszczaci nastolatkowie nie odnajdą tu płytkiej i dosłownej pikanterii rodem z rosnącej ostatnio jak grzyby po deszczu literatury porno-erotycznej. Język wiruje jak seks, fakt, Pilch co krok igra z czytelnikiem zmianą formy, tempa (od zawrotnego i oszałamiającego kunsztem, po eseistyczne, spowolnione). Całość spinają dwa s-słowa oraz jedno na m – melancholia.

Powieść rozparta jest między dwoma biegunami – seksem i starością. Ten pierwszy nie cieszy już tak, jak kiedyś, jest tylko zaliczaniem kolejnych „lasek”. Zdobywanie jest grą, ale gra zaczyna powoli nużyć, nudzić, wszak składa się z wciąż tych samych elementów, z wciąż tych samych rekwizytów i emocji. Narrator, a chyba nie trzeba udawać, że nie jest nim sam Pilch, z wiekiem staje się coraz większym dandysem, któremu, prawdę powiedziawszy, wszystko jedno ile „lasek” jeszcze wpadnie i jakiej będą jakości.

W tym miejscu na scenę wkracza Pralina Pralinowicz. Kobieta o nie tylko przeuroczym imieniu – ona jest pewnym przełomem. Jest przeszłość i jest przyszłość, a pomiędzy nimi Pralina. Wybawienie, nauka, esencja piękna, wdzięku, elegancji. Chociaż dziwaczna, to jednak pociągająca i fascynująca. Kobieta pełna tajemnic i drobnych szaleństw. Romans z nią, opowiedziany językiem subtelnym i delikatnym (chyba jedyna w książce, której Pilch faktycznie zwyczajnie puknąć nie chce), staje się wybawieniem i łabędzim śpiewem starzejącego się pisarza. Czymś, co faktycznie zdarza się rzadko, „raz, dwa, góra trzy razy za życia”. Później i wcześniej jest tylko seks, pośrodku – prawdziwe uczucie. Pozostaje jeszcze kwestia ledwie przez narratora zarysowana, pytania otwarte: czy Pralina faktycznie istniała? Może była tylko i wyłącznie retorycznym zabiegiem, dziełem odchodzącej w niebyt wyobraźni, majakiem drążonego chorobą umysłu?

Dalej na s – starość. Mnóstwo w tej krótkiej powieści opisów rozpadu, kapiącej z ust śliny, starczego uwiądu, zapominania, znikania. Jakby odpowiedzią na uciekającą młodość były kolejne związki. Jakby kolejne kobiety, coraz młodsze i młodsze, były dla narratorskiego ciała kolejną próbą, próba wystawienia samemu sobie cenzurki: spójrzcie, jestem starcem, ale wciąż mogę, wciąż potrafię, bez wspomagaczy. Momentami, gdzieś pod maską szydercy i ironisty, kryje się człowiek przerażony chorobą, powolnym odchodzeniem, wykreślaniem kolejnych nazwisk z notesu i brakiem kolejnych twarzy na coraz to rzadszych przyjęciach, spotkaniach.

I ostatni krok, element spinający bieguny, swoista oś – melancholia. Kolejne kobiety, zarówno te przed, jak i te po, są tylko nieudolną próbą przykrycia braku tej jednej, która była i nagle rozpłynęła się w powietrzu. Kolejne nazwiska i twarze, powtarzane do znudzenia rytuały, nawet kolejne stosunki; za nimi już tylko czerń, czerń braku i utraty. Kobiety są niczym przywołany w kilku miejscach powieści księgozbiór – przerzucane do i z pamięci, do i z życia, w jedno i drugie miejsce, bez żadnego związku przyczynowo-skutkowego. Kobiety, jak i literatura, stają się tylko pustą retoryką. Pod łóżkiem natomiast, gdzieś pod domniemaną erotyką, schowana jest wspomniana już czerń – tym razem czerń starości. Popęd życia i popęd śmierci, Eros i Tanatos.
Pilch daje niespełna 200 stron prozy rozproszonej, raczej obrazów, połączonych przewodnią melancholią. Można utyskiwać, że to nie ten sam Pilch, że starość, choroba i monotematyczność zżerają mu ducha i produkuje już tylko niewiele znaczące opowiastki. Niezupełnie. Chociaż inaczej niż wcześniej. „Nie pierwszy raz. Nie ostatni”.
zwiń
banner_tlo_pilch_p3.jpg

Newsletter Chcesz być informowany o nowościach na bieżąco?
Zamów newsletter Wydawnictwa Literackiego